Hier skoczyła do wody w pełnym ubraniu, razem z plecakiem. Chwile patrzyliśmy po sobie z niedowierzaniem, ale zaraz zauważyliśmy, że czarnowłosa dziewczyna długo się nie wynurzała.
-Hier!-Jonathan przyłożył dłonie do ust i wykrzyknął jej imię na cały głos. Hier wynurzyła się już dobry kawałek od brzegu. Rzuciła nam krótki uśmiech po czym znowu się zanurzyła.
-Ona jest idiotką.-Argea pokiwała z uznaniem głową i zanurzyła się po pas w wodzie.-Zimna.-wymamrotała po czym dała nura pod wodę. Zaraz po niej zrobiła to Syntia. Zostałem na plaży z Jonathanem.
-Ona jest niemożliwa.-wyszeptał. Widziałem jak bardzo mu na niej zależy. Nawet ja to dostrzegałem.
-Jak mogliśmy się nie domyślić że nie widzi?-westchnąłem ciężko.
-Ja..nie wiem. Pamiętam, że jak się spotkaliśmy w busie powiedziała, że nie wie co czyta.-zmarszczył czoło.-Teraz wiem, że nie żartowała.
-Tak bywa z dziewczynami. Na szczęście gustuję w facetach.-uśmiech pojawił się na mojej twarzy po czym postanowiłem dołączyć do dziewczyn, które przepłynęły już połowę.-Idziesz?-chłopak skinął głową i zaczęliśmy płynąć.
Kiedy byliśmy już po drugiej stronie, rozbiliśmy obóz. Hier siedziała i rozmawiała z Syntią. Teraz zrozumiałem, że łączyło ich kalectwo. To dlatego Hier tak chętnie dyskutowała z dziewczyną.
-Jak to jest być ślepą?-to pytanie wymknęło się z ust mojej siostry, zanim zdążyła się zastanowić. Zapanowała niezręczna cisza. Ale czarnowłosa nie wydawała się zagniewana, wręcz wyglądała jakby ją to rozbawiło.
-Normalnie.-wzruszyła ramionami. Była już całkowicie odprężona.-Lubię być ślepa.
-Jak możesz tak mówić?-zaprotestowałem.-To znaczy...
-Spoko.-zbyła mnie machnięciem ręki.-Przyzwyczaiłam się. Gdybym teraz zobaczyła coś to..pewnie zeszłabym na zawał.
-Ale..no wiesz...nigdy nic nie widziałaś?-spytał delikatnie Jonathan chwytając dziewczynę za rękę.
-Nie.-odparła wesoło i mocniej ścisnęła mu dłoń.-Nie widzę nawet refleksów słonecznych. Tylko czerń. Uprzedzam wasze pytania. Mój ojciec wiedział że byłam ślepa. I kiedy tylko nauczyłam się "udawać widzieć", a on przestał być potrzebny, zabili go. Puff! Nie ma! A ja żyłam dalej i dalej i dalej, aż trafiłam do Domu. Mogłam poczuć się tam odrobinę bezpieczniej.
-A właśnie!-zauważyłem.-Jak to możliwe, że mogłyście uczestniczyć na misji? Przecież cała idea Domu polegała na tym, żeby tego uniknąć.
-Tak, ale ja nigdy nie należałam do Domu. Argea zatrzymała mnie jako gościa, tak jak was.-skinęła dziewczynie, która odpowiedziała jej uśmiechem, który zaraz zbladł, jak tylko przypomniała sobie, że teraz jej kolej na zwierzenie.
-Ja..to znaczy...Hades wyjaśnił mi, że tak naprawdę, ja nigdy nie złożyłam przysięgi. Mogłam tam wchodzić, bo ja zbudowałam ten obóz, jest i był mój. Ale ja nigdy nie przysięgałam, że skończę z życiem herosa. A więc jestem tutaj.-powiedziała jakby nie wierząc we własne słowa.
-Oh. To wiele wyjaśnia.
Nagle Hier zerwała się z miejsca.
-Co jest?-Jonathan zaniepokoił się i podniósł na nogi, z resztą jak każdy z nas.
-Bogini.-wysyczała. Rzeczywiście, po chwili z ziemi wyłoniła się Demeter w zielonej sukni.
-Witajcie herosi!-rozłożyła ręce. Argea podeszła i przytuliła się do naszej babci.-A ty Nico? Własnej babci nie poznajesz?-mruknąłem coś o tym, że nie za bardzo mnie to obchodzi, ale Demeter już nie zawracała sobie mną głowy. Spojrzała z politowaniem na Syntię i zaczęła sunąc ku niej, kiedy zatrzymała się gwałtownie i w zamyśleniu skierowała się do Hier. Złapała dziewczynę za ramię i wyszeptała jej coś na ucho. Hier pobladła i zasłoniła usta dłonią. Po chwili skinęła głową, i znowu. W końcu bogini poklepała ją lekko po głowie i odeszła z Syntią na bezpieczną odległość. Czarnowłosa powiedziała, że źle się czuje, zawinęła się w bluzę i zasnęła.
Jonathan ciągle oglądał się w tamtą stronę.
-Hej. Co jest?-zapytałem.
-Po prostu, Demeter.-skinął głową w stronę bogini rozmawiającej z córką Dionizosa.-Ona powiedziała coś Hier. A ja chciałbym wiedzieć co.
-Ej spokojnie!-zawołała Argea.-Chyba nie chcesz być nadopiekuńczym chłopakiem, prawda?-chłopak mruknął coś niezrozumiałego, ale ustąpił.
-Chyba wiem co mamy robić.-stwierdziła Synt kiedy przysiadła do nas, a bogini rozwiała się wśród drzewa.
UWAGA! Na tym blogu znajdują się spoilery serii Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy, Olimpijscy Herosi oraz Kroniki Rodu Kane. Czytasz na własną odpowiedzialność! PS. Byłabym wdzięczna za jakiekolwiek komentarze. ^^
sobota, 20 grudnia 2014
To znowu ja!
Przepraszam za tą przerwę, nie, nie zawieszam bloga. Spokojnie. xD Po prostu chcę zająć się tymi trzema innymi. Jednym ff czyli: http://long-life-pool-ducks.blogspot.com/ Oraz dwóch o treści innej niż PJO i OH, jeden o aniołach i demonach: http://i-fell-down-a-long-time-ago.blogspot.com/ i jeszcze jednym o wróżkach: http://multicolored-wings.blogspot.com/
Jeśli komuś podoba się to, jak piszę, zapraszam. ^^ Całusy~Ribbon
Jeśli komuś podoba się to, jak piszę, zapraszam. ^^ Całusy~Ribbon
środa, 17 grudnia 2014
Malutka reklama ^^
Zapraszam na mojego drugiego bloga, którego akcja dzieje się przed akcją PJO. ^^
Pojawił się Drugi Rozdział! <3
Będę wdzięczna za jakiekolwiek komentarze.
http://long-life-pool-ducks.blogspot.com/
Pojawił się Drugi Rozdział! <3
Będę wdzięczna za jakiekolwiek komentarze.
http://long-life-pool-ducks.blogspot.com/
wtorek, 16 grudnia 2014
Rozdział dwudziesty czwarty [Hier]
Ja wiem, że dawno Nico nie było, ale wybieram narratorów do rozdziałów, a nie odwrotnie. ^^ Zapraszam. <3
-Ja...-nie miałam wyjścia. To chyba ta chwila prawdy.-To ja.-rozłożyłam ręce i wypięłam pierś. Nie okazuj strachu.
-Co?-powtórzył Nico.
-Jestem ślepa!-krzyknęłam.-Ja nie widzę! Całe życie spędziłam w ciemnościach!-zakręciłam rękoma w powietrzu.-Całe swoje cholerne życie błądzę w czerni! Nigdy nie widziałam świata! Nie znam żadnego koloru oprócz czerni!-szarpnęłam czarną koszulkę. Nie rozumiałam tego wybuchu. Chociaż z drugiej strony...właśnie wyrzucałam z siebie całe lata mojej egzystencji.-Myślicie, że dlaczego chodzę tylko w czarnych ciuchach?!
-Tak właściwie to masz brązowe spodnie.-Argea odchrząknęła.
-O tym mówię!
Nagle przeszywający ból zmusił mnie żebym krzyknęła na całe gardło. "Już nie żyjesz." Ten kobiecy głos...ja...ja go znam. Przez chwilę poczułam mocny uścisk ramion Jonathana, ale chwile potem coś go odrzuciło. Opadłam na kolana i złapałam się za głowę. "Przestań walczyć." "Nigdy!" odkrzyknęłam w myślach, ale w mojej głowie rozszedł się tylko przerażający śmiech. Usłyszałam jak moi przyjaciele wyciągają miecze. Jonathan podniósł się gdzieś po mojej prawej i do nich dołączył. Po mojej twarzy ściekały łzy. Coraz mocniej zaciskałam dłonie na uszach. "To nie pomoże."
-Zostaw mnie!-krzyknęłam. "Raczej wątpię, moja droga."
-Hier!-Syntia próbowała pomóc mi, ale to tylko pogorszyło sprawę. Jęknęłam i przewróciłam się na bok. I tak leżałam. Skulona z rękami na uszach. Poczułam delikatny dotyk na ramieniu.
-Zostaw ją!-usłyszałam krzyk Jonathana.
-Jonathan.-szepnęłam, kiedy postać poderwała mnie do góry. Ktoś trzymał mnie pod brodą i raczej była to kobieta.
-Jesteś zmęczona.-odezwała się, już na zewnątrz mojej czaszki. Moje ręce wisiały bezwładnie przy ciele.
-Jestem zmęczona.-potwierdziłam to sennym głosem. Jestem taka zmęczona.
-Nie, Hier!-Argea. Otrząsnęłam się i odwróciłam głowę, posłałam im błagające spojrzenie, ale po chwili, to kobieta zyskała moją uwagę.
-Nic nie widzisz, prawda?-miała taki miękki głos.
-Nic nie widzę.-pokręciłam głową. Poczułam jak się uśmiecha.
-Eris!-warknął Nico.-Zostaw ją!
-Ale ona jest taka słab...-Słaba?! Mój gniew eksplodował. Bogini odrzuciło na kilka metrów. Po chwili ruszyłam w jej stronę z mieczem w dłoni. Chyba wyglądałam upiornie, ponieważ kobieta zaczęła się cofać. Czułam jej lęk.
-Słaba?-spytałam.-Słaba?-zostawiłam na jej policzku głęboką bruzdę. Jęknęła cicho, ale dzielnie czołgała się w tył.-Ale nie będę taka jak ty.-warknęłam.-Odejdź.
-Cholera. A miała być taka dobra zabawa.-jej słowa rozwiały się razem z nią. Przypięłam zawieszkę i odwróciłam się do przyjaciół.
-Co?-wyrwało się Jonathanowi. Aż serce mi ścisnęło.
-Nigdy nie widziałam żadnego z was.-wycedziłam przez zęby.-Nie wiem jak wyglądacie. Nawet jeśli się opiszecie, to i tak nic nie zobaczę.-powoli się rozluźniałam.-Nie widzę w snach, ani w myślach. Nie potrafię. Nigdy nie widziałam żadnego obiektu czy koloru. np. czerwony...znam tylko nazwę. Zrozumcie. Ja...-poczułam ramiona oplatające mnie mocno w pasie. Spojrzałam w górę. Poczułam rozbawienie.-Co cie śmieszy?-pchnęłam Jonathana w pierś.
-Ale jak....?-usłyszałam głos Nico.
-Opanowałam odruchy.-wzruszyłam ramionami.-Wyostrzyły mi się inne zmysły. Słyszę jak kwitną kwiaty lub rosną drzewa. Czuję emocję innych. W takim kierunku.
-Ale dlaczego jesteś ślepa? To znaczy...to normalna ślepota?-Syntia złapała mnie ze rękę dodając otuchy.
-Bogowie.-odparłam.-Oślepili mnie kiedy jeszcze byłam w brzuchu matki. Dlatego nigdy nic nie widziałam.
-Wow.-szepnął Nico.
-Już się tak nie rozczulaj.-prychnęłam.-Mam was prowadzić. Idziemy przez fale.-wskazałam w stronę skąd pochodził odgłos wody. Wyplątałam się z uścisku Jonathana i podbiegłam do linii wody. Niestety chłopak tak po prostu nie odpuścił. Przyciągnął mnie do siebie i pocałował.
-Jeśli chcesz wiedzieć...w niczym mi to nie przeszkadza.-powiedział spokojnie.
Pocałowałam go w policzek po czym wskoczyłam między fale.
-Ja...-nie miałam wyjścia. To chyba ta chwila prawdy.-To ja.-rozłożyłam ręce i wypięłam pierś. Nie okazuj strachu.
-Co?-powtórzył Nico.
-Jestem ślepa!-krzyknęłam.-Ja nie widzę! Całe życie spędziłam w ciemnościach!-zakręciłam rękoma w powietrzu.-Całe swoje cholerne życie błądzę w czerni! Nigdy nie widziałam świata! Nie znam żadnego koloru oprócz czerni!-szarpnęłam czarną koszulkę. Nie rozumiałam tego wybuchu. Chociaż z drugiej strony...właśnie wyrzucałam z siebie całe lata mojej egzystencji.-Myślicie, że dlaczego chodzę tylko w czarnych ciuchach?!
-Tak właściwie to masz brązowe spodnie.-Argea odchrząknęła.
-O tym mówię!
Nagle przeszywający ból zmusił mnie żebym krzyknęła na całe gardło. "Już nie żyjesz." Ten kobiecy głos...ja...ja go znam. Przez chwilę poczułam mocny uścisk ramion Jonathana, ale chwile potem coś go odrzuciło. Opadłam na kolana i złapałam się za głowę. "Przestań walczyć." "Nigdy!" odkrzyknęłam w myślach, ale w mojej głowie rozszedł się tylko przerażający śmiech. Usłyszałam jak moi przyjaciele wyciągają miecze. Jonathan podniósł się gdzieś po mojej prawej i do nich dołączył. Po mojej twarzy ściekały łzy. Coraz mocniej zaciskałam dłonie na uszach. "To nie pomoże."
-Zostaw mnie!-krzyknęłam. "Raczej wątpię, moja droga."
-Hier!-Syntia próbowała pomóc mi, ale to tylko pogorszyło sprawę. Jęknęłam i przewróciłam się na bok. I tak leżałam. Skulona z rękami na uszach. Poczułam delikatny dotyk na ramieniu.
-Zostaw ją!-usłyszałam krzyk Jonathana.
-Jonathan.-szepnęłam, kiedy postać poderwała mnie do góry. Ktoś trzymał mnie pod brodą i raczej była to kobieta.
-Jesteś zmęczona.-odezwała się, już na zewnątrz mojej czaszki. Moje ręce wisiały bezwładnie przy ciele.
-Jestem zmęczona.-potwierdziłam to sennym głosem. Jestem taka zmęczona.
-Nie, Hier!-Argea. Otrząsnęłam się i odwróciłam głowę, posłałam im błagające spojrzenie, ale po chwili, to kobieta zyskała moją uwagę.
-Nic nie widzisz, prawda?-miała taki miękki głos.
-Nic nie widzę.-pokręciłam głową. Poczułam jak się uśmiecha.
-Eris!-warknął Nico.-Zostaw ją!
-Ale ona jest taka słab...-Słaba?! Mój gniew eksplodował. Bogini odrzuciło na kilka metrów. Po chwili ruszyłam w jej stronę z mieczem w dłoni. Chyba wyglądałam upiornie, ponieważ kobieta zaczęła się cofać. Czułam jej lęk.
-Słaba?-spytałam.-Słaba?-zostawiłam na jej policzku głęboką bruzdę. Jęknęła cicho, ale dzielnie czołgała się w tył.-Ale nie będę taka jak ty.-warknęłam.-Odejdź.
-Cholera. A miała być taka dobra zabawa.-jej słowa rozwiały się razem z nią. Przypięłam zawieszkę i odwróciłam się do przyjaciół.
-Co?-wyrwało się Jonathanowi. Aż serce mi ścisnęło.
-Nigdy nie widziałam żadnego z was.-wycedziłam przez zęby.-Nie wiem jak wyglądacie. Nawet jeśli się opiszecie, to i tak nic nie zobaczę.-powoli się rozluźniałam.-Nie widzę w snach, ani w myślach. Nie potrafię. Nigdy nie widziałam żadnego obiektu czy koloru. np. czerwony...znam tylko nazwę. Zrozumcie. Ja...-poczułam ramiona oplatające mnie mocno w pasie. Spojrzałam w górę. Poczułam rozbawienie.-Co cie śmieszy?-pchnęłam Jonathana w pierś.
-Ale jak....?-usłyszałam głos Nico.
-Opanowałam odruchy.-wzruszyłam ramionami.-Wyostrzyły mi się inne zmysły. Słyszę jak kwitną kwiaty lub rosną drzewa. Czuję emocję innych. W takim kierunku.
-Ale dlaczego jesteś ślepa? To znaczy...to normalna ślepota?-Syntia złapała mnie ze rękę dodając otuchy.
-Bogowie.-odparłam.-Oślepili mnie kiedy jeszcze byłam w brzuchu matki. Dlatego nigdy nic nie widziałam.
-Wow.-szepnął Nico.
-Już się tak nie rozczulaj.-prychnęłam.-Mam was prowadzić. Idziemy przez fale.-wskazałam w stronę skąd pochodził odgłos wody. Wyplątałam się z uścisku Jonathana i podbiegłam do linii wody. Niestety chłopak tak po prostu nie odpuścił. Przyciągnął mnie do siebie i pocałował.
-Jeśli chcesz wiedzieć...w niczym mi to nie przeszkadza.-powiedział spokojnie.
Pocałowałam go w policzek po czym wskoczyłam między fale.
Rozdział dwudziesty trzeci [Syntia]
Obudziłam się tylko na chwilę, żeby zobaczyć, że Hier i Jonathan jeszcze nie wrócili. No i żeby coś zjeść. Ale wracając. Było już dość ciemno.
-Jesteście pewni, że się nie zgubią?-zapytałam jedząc kanapkę.
-Niee.-Argea szturchnęła ognisko patykiem.-Jonathan sobie poradzi. Kto pierwszy na wachcie?
-Ja mogę.-podniosłam rękę.
-Nie. Nie możesz. Odpoczywaj. Jutro czeka nas długa droga.-dziewczyna posłała mi zabójcze spojrzenie.
-I wy się dziwicie, dlaczego nie powiedziałam wam wcześniej.-wzruszyłam ramionami ale grzecznie zasnęłam.
Znalazłam się w jakiejś restauracyjce, chyba we Włoszech. Siedziałam przy okrągłym stole ze szklanym blatem. Nade mną wiatr szarpał czerwony parasol. Usiadłam prosto i czekałam. Nagle na krześle obok pojawił się mój ojciec.
-Witaj ojcze.-skinęłam mu głową.
-Witaj moja droga.-podniósł kartę i czekał na kelnera, a kiedy ten podszedł po prosił o dwie dietetyczne cole.-Wiesz co masz zrobić?
-Tak. Wiem.-plan był prosty. Spuściłam głowę i wpatrywałam się we własne dłonie które miętosiły moją koszulkę.
-Ja też tego nie chce.-przyznał i złapał mnie za rękę.-Ale wiesz, że z przeznaczeniem nie wolno walczyć, prawda?
-Tak, wiem.-ta krótka chwila kiedy ojciec trzymał mnie za dłoń dodała mi pewności.
-Przykro mi. Czy mógłbym coś dla ciebie zrobić?
-Ja...-przerwałam.-Chciałabym porozmawiać z braćmi.-skinął głową i już mnie tam nie było.
Stałam pośrodku mojego domku w obozie. Pewnie Steve, Dave i Emilio spali. Poszłam więc na górę i wszystkich obudziłam. Byli tacy szczęśliwi. Uściskałam ich wszystkich po czym zeszliśmy na dół do salonu. Steve rozsiadł się w fotelu, Dave obok na kanapie a Emilio wskoczył mi na kolana.
-Jak tam na misji siostruś?-Steve obdarzył mnie szelmowskim uśmiechem. Takiego go pamiętałam.
-Nie najgorzej.-wzruszyłam ramionami.-Na razie szukamy tego "ślepca". Hier wie gdzie go szukać.
-Przywieziesz coś? W sensie mi? Im nie musisz.-Emilio wskazał palcem obu chłopaków siedzących obok. Steve wystawił mu język.
-Niestety raczej nie.-nie kłamałam. Nie będę w stanie nic im przywieźć.-To znaczy może coś wykombinuje. Ale nic wam nie obiecuję.
-Ale rymowanka!-Steve prawie spadł z fotela. Dave pacnął się ręką w czoło.
-Jesteście nienormalni.-westchnął.
-Jak wszyscy w tym obozie.-uśmiechnęłam się lekko. Miło było. Jak zwykle z nimi.
-Ten Nico...-Steve mrugnął do mnie porozumiewawczo.
-Nico jest z Willem ciole.-Yay! Właśnie zgasiłam mojego kochanego braciszka!
-Oh.-przeczesał dłonią włosy, na co parsknęłam śmiechem.
-Tęsknie za wami.-wyznałam wtulając się w Emilio.
-My za tobą też.-powiedział Dave kładąc mi dłoń na ramieniu.
-Dobra! To ja jestem tutaj grupową. I myślę że jest już sporo po godzinie nocnej.-obrzuciłam ich karcącym spojrzeniem.-Już mi do łóżek!-złapałam Emilio i pokładającego się ze śmiechu zaniosłam na górę i zakryłam kołdrą. Dzieciak był tak zmęczony, że praktycznie od razu zasnął. Wyszłam cicho na korytarz. Steve właśnie zamykał drzwi, a Dave stał oparty o ścianę obok.-Musimy pogadać.-oznajmiłam krótko. Ponownie zeszliśmy na dół.
-Co jest?-usiadł obok i objął mnie ramieniem. Zdusiłam w sobie chęć płaczu. Powiedziałam mu o mojej "przypadłości". O tym jak kolce zabijają mnie każdego dnia. Słuchał przejęty. Powiedziałam mu co myślimy o tym z ojcem, ale...-Nie!-krzyknął.-Nie możesz tego zrobić!-miał zdesperowaną minę. Widać było, że powstrzymuje łzy.-Nie możesz...Co będzie ze mną, Stevem i Emilio?-starałam się być silna.
-Muszę. To jedyne wyjście.-wstałam i skierowałam się do drzwi. Po chwili złapał mnie za nadgarstek i pociągnął do tyłu.
-Ale..proszę.-po jego twarzy ciekły łzy. Teraz oboje płakaliśmy. Przytuliłam się mocno do jego piersi.
-Mówię ci to teraz...-przerwałam żeby odetchnąć.-...żebyś potem był silny...dla nich.-popatrzyłam na górę.-Żegnaj.-pocałował mnie w czoło a ja rozpłynęłam się z powrotem do mojego ciała.
Podniosłam się gwałtownie. Poczułam słony smak w ustach. Łzy.
-Oh. Jesteś.-Argea siedziała obok. Słońce raziło mnie mocno w oczy.
-Co jest?-zakryłam oczy.
-Strasznie płakałaś i się trzęsłaś ale nie mogliśmy cię obudzić.-uśmiechnęła się szeroko.
-Dzięki za troskę.-burknęłam.-Hier i Jonathan wrócili?
-Taaak. Około szóstej.-roześmiała się serdecznie.
-Co ty taka wesoła.-przetarłam oczy. Wstałam i zjadłam coś z plecaka.
-Taki pięknyy dzieeeń.-opadła na trawę.-A dokładnie taki ładny shiiip.-westchnęłam.
-O co ci chodzi?
-Wiesz...Jonier. Tak. To jest piękne.-zaczęła rysować serce dłonią w powietrzu.
-Aha.-skomentowałam.-Gdzie wszyscy?
-Za chwilę wrócą. O już są!-wskazała na koniec polanki.
-Obudziłaś się.-Nico dał mi trochę nektaru. Akurat mi się skończył.
-Dzięki.-zaraz dobiegli do nas Hier i Jonathan. Trzymali się za ręce i w ogóle. Może Argea miała rację z tym "shipem".-Hej gołąbeczki.
-No cześć.-Hier usiadła obok i uśmiechnęła się pocieszająco.-Co ci się śniło? To znaczy, jak nie chcesz nie mów, ale...
-Nie, spoko.-przerwałam jej.-Najpierw pogadałam z ojcem, potem z braćmi. Wiecie, dużo dla mnie znaczą.
-Ok.-nie pytali dalej, więc byłam im wdzięczna.
-A wy? Gdzie was wczoraj wcięło?-oboje zarumienili się natychmiastowo, więc oczywiście nie mogłam się powstrzymać od śmiechu.
-Zaprowadziłem Hier w takie ładne miejsce. Niedaleko było jezioro...-zaczął, ale Hier szybko zerwała się z ziemi.
-Jezioro?-zapytała.
-Noo tak.Siedzieliśmy na brzegu i...
-Już wiem!-krzyknęła i pognała w las. Po chwili my również się zerwaliśmy i spakowaliśmy nasz dobytek. Na szczęście Jonathan pamiętał drogę do tajemniczego jeziora. Hier stała na brzegu odwrócona do nas plecami.-Teraz tylko przez fale.-wymamrotała.
-Co?-Nico poszedł krok w przód. Hier odwróciła się gwałtownie.
-Noo.-poprawiła sobie bluzkę.-Mamy przejść przez falę prawda?
-Nie. Ślepiec ma nas poprowadzić przez fale.-przypomniała jej Argea.
Hier wyglądała jak spłoszona zwierzyna. Odetchnęła głęboko i spuściła głowę.
-Ja...
-Jesteście pewni, że się nie zgubią?-zapytałam jedząc kanapkę.
-Niee.-Argea szturchnęła ognisko patykiem.-Jonathan sobie poradzi. Kto pierwszy na wachcie?
-Ja mogę.-podniosłam rękę.
-Nie. Nie możesz. Odpoczywaj. Jutro czeka nas długa droga.-dziewczyna posłała mi zabójcze spojrzenie.
-I wy się dziwicie, dlaczego nie powiedziałam wam wcześniej.-wzruszyłam ramionami ale grzecznie zasnęłam.
Znalazłam się w jakiejś restauracyjce, chyba we Włoszech. Siedziałam przy okrągłym stole ze szklanym blatem. Nade mną wiatr szarpał czerwony parasol. Usiadłam prosto i czekałam. Nagle na krześle obok pojawił się mój ojciec.
-Witaj ojcze.-skinęłam mu głową.
-Witaj moja droga.-podniósł kartę i czekał na kelnera, a kiedy ten podszedł po prosił o dwie dietetyczne cole.-Wiesz co masz zrobić?
-Tak. Wiem.-plan był prosty. Spuściłam głowę i wpatrywałam się we własne dłonie które miętosiły moją koszulkę.
-Ja też tego nie chce.-przyznał i złapał mnie za rękę.-Ale wiesz, że z przeznaczeniem nie wolno walczyć, prawda?
-Tak, wiem.-ta krótka chwila kiedy ojciec trzymał mnie za dłoń dodała mi pewności.
-Przykro mi. Czy mógłbym coś dla ciebie zrobić?
-Ja...-przerwałam.-Chciałabym porozmawiać z braćmi.-skinął głową i już mnie tam nie było.
Stałam pośrodku mojego domku w obozie. Pewnie Steve, Dave i Emilio spali. Poszłam więc na górę i wszystkich obudziłam. Byli tacy szczęśliwi. Uściskałam ich wszystkich po czym zeszliśmy na dół do salonu. Steve rozsiadł się w fotelu, Dave obok na kanapie a Emilio wskoczył mi na kolana.
-Jak tam na misji siostruś?-Steve obdarzył mnie szelmowskim uśmiechem. Takiego go pamiętałam.
-Nie najgorzej.-wzruszyłam ramionami.-Na razie szukamy tego "ślepca". Hier wie gdzie go szukać.
-Przywieziesz coś? W sensie mi? Im nie musisz.-Emilio wskazał palcem obu chłopaków siedzących obok. Steve wystawił mu język.
-Niestety raczej nie.-nie kłamałam. Nie będę w stanie nic im przywieźć.-To znaczy może coś wykombinuje. Ale nic wam nie obiecuję.
-Ale rymowanka!-Steve prawie spadł z fotela. Dave pacnął się ręką w czoło.
-Jesteście nienormalni.-westchnął.
-Jak wszyscy w tym obozie.-uśmiechnęłam się lekko. Miło było. Jak zwykle z nimi.
-Ten Nico...-Steve mrugnął do mnie porozumiewawczo.
-Nico jest z Willem ciole.-Yay! Właśnie zgasiłam mojego kochanego braciszka!
-Oh.-przeczesał dłonią włosy, na co parsknęłam śmiechem.
-Tęsknie za wami.-wyznałam wtulając się w Emilio.
-My za tobą też.-powiedział Dave kładąc mi dłoń na ramieniu.
-Dobra! To ja jestem tutaj grupową. I myślę że jest już sporo po godzinie nocnej.-obrzuciłam ich karcącym spojrzeniem.-Już mi do łóżek!-złapałam Emilio i pokładającego się ze śmiechu zaniosłam na górę i zakryłam kołdrą. Dzieciak był tak zmęczony, że praktycznie od razu zasnął. Wyszłam cicho na korytarz. Steve właśnie zamykał drzwi, a Dave stał oparty o ścianę obok.-Musimy pogadać.-oznajmiłam krótko. Ponownie zeszliśmy na dół.
-Co jest?-usiadł obok i objął mnie ramieniem. Zdusiłam w sobie chęć płaczu. Powiedziałam mu o mojej "przypadłości". O tym jak kolce zabijają mnie każdego dnia. Słuchał przejęty. Powiedziałam mu co myślimy o tym z ojcem, ale...-Nie!-krzyknął.-Nie możesz tego zrobić!-miał zdesperowaną minę. Widać było, że powstrzymuje łzy.-Nie możesz...Co będzie ze mną, Stevem i Emilio?-starałam się być silna.
-Muszę. To jedyne wyjście.-wstałam i skierowałam się do drzwi. Po chwili złapał mnie za nadgarstek i pociągnął do tyłu.
-Ale..proszę.-po jego twarzy ciekły łzy. Teraz oboje płakaliśmy. Przytuliłam się mocno do jego piersi.
-Mówię ci to teraz...-przerwałam żeby odetchnąć.-...żebyś potem był silny...dla nich.-popatrzyłam na górę.-Żegnaj.-pocałował mnie w czoło a ja rozpłynęłam się z powrotem do mojego ciała.
Podniosłam się gwałtownie. Poczułam słony smak w ustach. Łzy.
-Oh. Jesteś.-Argea siedziała obok. Słońce raziło mnie mocno w oczy.
-Co jest?-zakryłam oczy.
-Strasznie płakałaś i się trzęsłaś ale nie mogliśmy cię obudzić.-uśmiechnęła się szeroko.
-Dzięki za troskę.-burknęłam.-Hier i Jonathan wrócili?
-Taaak. Około szóstej.-roześmiała się serdecznie.
-Co ty taka wesoła.-przetarłam oczy. Wstałam i zjadłam coś z plecaka.
-Taki pięknyy dzieeeń.-opadła na trawę.-A dokładnie taki ładny shiiip.-westchnęłam.
-O co ci chodzi?
-Wiesz...Jonier. Tak. To jest piękne.-zaczęła rysować serce dłonią w powietrzu.
-Aha.-skomentowałam.-Gdzie wszyscy?
-Za chwilę wrócą. O już są!-wskazała na koniec polanki.
-Obudziłaś się.-Nico dał mi trochę nektaru. Akurat mi się skończył.
-Dzięki.-zaraz dobiegli do nas Hier i Jonathan. Trzymali się za ręce i w ogóle. Może Argea miała rację z tym "shipem".-Hej gołąbeczki.
-No cześć.-Hier usiadła obok i uśmiechnęła się pocieszająco.-Co ci się śniło? To znaczy, jak nie chcesz nie mów, ale...
-Nie, spoko.-przerwałam jej.-Najpierw pogadałam z ojcem, potem z braćmi. Wiecie, dużo dla mnie znaczą.
-Ok.-nie pytali dalej, więc byłam im wdzięczna.
-A wy? Gdzie was wczoraj wcięło?-oboje zarumienili się natychmiastowo, więc oczywiście nie mogłam się powstrzymać od śmiechu.
-Zaprowadziłem Hier w takie ładne miejsce. Niedaleko było jezioro...-zaczął, ale Hier szybko zerwała się z ziemi.
-Jezioro?-zapytała.
-Noo tak.Siedzieliśmy na brzegu i...
-Już wiem!-krzyknęła i pognała w las. Po chwili my również się zerwaliśmy i spakowaliśmy nasz dobytek. Na szczęście Jonathan pamiętał drogę do tajemniczego jeziora. Hier stała na brzegu odwrócona do nas plecami.-Teraz tylko przez fale.-wymamrotała.
-Co?-Nico poszedł krok w przód. Hier odwróciła się gwałtownie.
-Noo.-poprawiła sobie bluzkę.-Mamy przejść przez falę prawda?
-Nie. Ślepiec ma nas poprowadzić przez fale.-przypomniała jej Argea.
Hier wyglądała jak spłoszona zwierzyna. Odetchnęła głęboko i spuściła głowę.
-Ja...
niedziela, 14 grudnia 2014
Rozdział dwudziesty drugi [Jonathan]
Argea i Nico wrócili po dwóch godzinach. Mało się odzywali.
-Ej.-pomachałem Argei przed twarzą.-No hej. Mógłbym na chwilę zabrać gdzieś Hier?-ona uśmiechnęła się serdecznie i skinęła mi głową.-O-kej.-trochę to dziwne, ale niewiele się przejmując podbiegłem do swojej dziewczyny.
-Cześć.-obdarzyła mnie tym swoim przepięknym uśmiechem.
-Mogę cię gdzieś porwać?-rzuciła mi tylko ostrzegawcze spojrzenie, ale złapała moją dłoń. Kiedy doszliśmy do granicy, zakryłem jej oczy dłońmi, ale ona nie za bardzo się przejęła. Szła tak jak zwykle. Omijała korzenie, kamienie.-Jak ty to robisz?-zapytałem z niedowierzaniem.
-Co?-wzdrygnęła się lekko.
-No...tak dobrze poruszasz się z zasłoniętymi oczami?
-Mam bardzo dobry słuch.-wskazała swoje uszy.-Bardzo dobry.
-Oh. Ok.
-Tak właściwie. Gdzie ty mnie ciągniesz?-założyła ręce na piersi i wydęła usta.
-Niespodzianka!-gwałtownie odsłoniłem jej oczy.
Staliśmy na polance, którą znalazłem, kiedy zbierałem drewno na ognisko. Trawa była tak magicznie zielona, porośnięta stokrotkami i makami. Przez drzewa przebijało się ciepłe słońce. A zaraz niedaleko było jezioro z liliami wodnymi, przy którym krążyły ważki. Dziewczyna przede mną stała chwilę osłupiała, aż wyrwało jej się ciche westchnienie. Może brzmiało trochę jak jęk. Ale ważne że jej się podobało.
-I co?-spytałem rozkładając ręce.
-Pięknie.-szepnęła, kiedy łza pociekła jej po policzku.
-Hej. Co jest?-objąłem ją ramieniem i zaprowadziłem w miejsce, które już wcześniej przygotowałem. Niby nic. Zwykły koc na trawie przy brzegu.
-Nic.-ze złością otarła twarz.-Po prostu. Nie musiałeś. Z jakiej to okazji?
-Z okazji tego, że cię kocham.-parskałem śmiechem.-Zawsze musi być okazja?
-No...nie, ale...-rozejrzała się wokół i wciągnęła mocno powietrze.-Ładnie pachnie.-stwierdziła po chwili. Nie mogłem powstrzymać uśmiechu cisnącego mi się na usta. Czasami bywała taka rozczulająca. Złapałem ją za rękę i posadziłem obok siebie na czerwonym kocu.
Położyła głowę na moim ramieniu i tak trwaliśmy. W całkowitej ciszy. Co chwilę rzucałem jej ukradkowe spojrzenia, ale ona jakby tego nie zauważała. Podziwiałem jej ciemne włosy, duże, czerwone oczy, delikatne rysy twarzy, pełne usta. Była piękna. Po prostu. Wciągałem wiatr który niósł jej delikatny zapach. Pachniała fiołkami. Zamknąłem na chwile oczy.
-O czym myślisz?-poczułem jej oddech na szyi.
-O wszystkim i o niczym.-odparłem spokojnie.
-Filozof się odezwał.-pchnęła mnie brodą w pierś.
-Doobra. Wygrałaś. Myślę o tym, że ładnie pachniesz.-wtuliła się mocniej.
-Więc? Jak pachnę?
-Fiołkami.-pocałowałem ją w głowę. Nie wiem czy to dziwne, czy nie. Ale nigdy nie pocałowaliśmy się na poważnie. Nigdy nie nalegała, a ja to szanowałem. Więc teraz kiedy musnęła moje wargi swoimi...byłem jak sparaliżowany. Odsunęła się w tył i chyba chciała coś powiedzieć, ale przyciągnąłem ją mocno do siebie. Odsunęliśmy się zdyszani. -Ja...-zacząłem, ale coś w jej twarzy kazało mi się zamknąć. Podeszła i usiadła mi na kolanach. Otoczyła mnie ramionami i schowała twarz w moją koszulkę. Ja również mocno ją przytuliłem.-...kocham cię.-wyszeptałem jej we włosy.
-Ja..-głos jej się załamał.-Ja ciebie też.-złożyłem pocałunek na jej szyi.
-O czym myślisz?-wyszeptałem jej do ucha.
-Myślę o tobie, o mnie. O nas.-jej głos zanikał w materiale. Podniosłem jej głowę i pocałowałem ją w usta.-Wiesz co?-spojrzała mi w oczy.
-Tak?
-Chyba jesteś synem Hermesa.
-Dlaczego?-parsknąłem śmiechem.
-Bo ukradłeś mi serce.-na jej twarzy rozkwitł uśmiech.
-Głupia jesteś.-teraz śmialiśmy się oboje.-Nie, serio. To było głupie.-pocałowałem ją w czoło.-Ale i tak cie kocham.
Podniosła głowę i teraz ona złączyła nasze usta w pocałunku. Poczułem jej dłonie we włosach, Bezwiednie położyłem jej dłoń na plecach i mocniej przyciągnąłem ją do siebie. Po chwili ściągnęła mi koszulkę przez głowę i pomogła zrzucić własną. Obcałowywałem jej biust, szyję, aż w końcu dotarłem z powrotem do ust. Zatrzymałem się na chwilę.
-Jesteś pewna?-zapytałem drżącym głosem.
-Jak nigdy w życiu.
-Ej.-pomachałem Argei przed twarzą.-No hej. Mógłbym na chwilę zabrać gdzieś Hier?-ona uśmiechnęła się serdecznie i skinęła mi głową.-O-kej.-trochę to dziwne, ale niewiele się przejmując podbiegłem do swojej dziewczyny.
-Cześć.-obdarzyła mnie tym swoim przepięknym uśmiechem.
-Mogę cię gdzieś porwać?-rzuciła mi tylko ostrzegawcze spojrzenie, ale złapała moją dłoń. Kiedy doszliśmy do granicy, zakryłem jej oczy dłońmi, ale ona nie za bardzo się przejęła. Szła tak jak zwykle. Omijała korzenie, kamienie.-Jak ty to robisz?-zapytałem z niedowierzaniem.
-Co?-wzdrygnęła się lekko.
-No...tak dobrze poruszasz się z zasłoniętymi oczami?
-Mam bardzo dobry słuch.-wskazała swoje uszy.-Bardzo dobry.
-Oh. Ok.
-Tak właściwie. Gdzie ty mnie ciągniesz?-założyła ręce na piersi i wydęła usta.
-Niespodzianka!-gwałtownie odsłoniłem jej oczy.
Staliśmy na polance, którą znalazłem, kiedy zbierałem drewno na ognisko. Trawa była tak magicznie zielona, porośnięta stokrotkami i makami. Przez drzewa przebijało się ciepłe słońce. A zaraz niedaleko było jezioro z liliami wodnymi, przy którym krążyły ważki. Dziewczyna przede mną stała chwilę osłupiała, aż wyrwało jej się ciche westchnienie. Może brzmiało trochę jak jęk. Ale ważne że jej się podobało.
-I co?-spytałem rozkładając ręce.
-Pięknie.-szepnęła, kiedy łza pociekła jej po policzku.
-Hej. Co jest?-objąłem ją ramieniem i zaprowadziłem w miejsce, które już wcześniej przygotowałem. Niby nic. Zwykły koc na trawie przy brzegu.
-Nic.-ze złością otarła twarz.-Po prostu. Nie musiałeś. Z jakiej to okazji?
-Z okazji tego, że cię kocham.-parskałem śmiechem.-Zawsze musi być okazja?
-No...nie, ale...-rozejrzała się wokół i wciągnęła mocno powietrze.-Ładnie pachnie.-stwierdziła po chwili. Nie mogłem powstrzymać uśmiechu cisnącego mi się na usta. Czasami bywała taka rozczulająca. Złapałem ją za rękę i posadziłem obok siebie na czerwonym kocu.
Położyła głowę na moim ramieniu i tak trwaliśmy. W całkowitej ciszy. Co chwilę rzucałem jej ukradkowe spojrzenia, ale ona jakby tego nie zauważała. Podziwiałem jej ciemne włosy, duże, czerwone oczy, delikatne rysy twarzy, pełne usta. Była piękna. Po prostu. Wciągałem wiatr który niósł jej delikatny zapach. Pachniała fiołkami. Zamknąłem na chwile oczy.
-O czym myślisz?-poczułem jej oddech na szyi.
-O wszystkim i o niczym.-odparłem spokojnie.
-Filozof się odezwał.-pchnęła mnie brodą w pierś.
-Doobra. Wygrałaś. Myślę o tym, że ładnie pachniesz.-wtuliła się mocniej.
-Więc? Jak pachnę?
-Fiołkami.-pocałowałem ją w głowę. Nie wiem czy to dziwne, czy nie. Ale nigdy nie pocałowaliśmy się na poważnie. Nigdy nie nalegała, a ja to szanowałem. Więc teraz kiedy musnęła moje wargi swoimi...byłem jak sparaliżowany. Odsunęła się w tył i chyba chciała coś powiedzieć, ale przyciągnąłem ją mocno do siebie. Odsunęliśmy się zdyszani. -Ja...-zacząłem, ale coś w jej twarzy kazało mi się zamknąć. Podeszła i usiadła mi na kolanach. Otoczyła mnie ramionami i schowała twarz w moją koszulkę. Ja również mocno ją przytuliłem.-...kocham cię.-wyszeptałem jej we włosy.
-Ja..-głos jej się załamał.-Ja ciebie też.-złożyłem pocałunek na jej szyi.
-O czym myślisz?-wyszeptałem jej do ucha.
-Myślę o tobie, o mnie. O nas.-jej głos zanikał w materiale. Podniosłem jej głowę i pocałowałem ją w usta.-Wiesz co?-spojrzała mi w oczy.
-Tak?
-Chyba jesteś synem Hermesa.
-Dlaczego?-parsknąłem śmiechem.
-Bo ukradłeś mi serce.-na jej twarzy rozkwitł uśmiech.
-Głupia jesteś.-teraz śmialiśmy się oboje.-Nie, serio. To było głupie.-pocałowałem ją w czoło.-Ale i tak cie kocham.
Podniosła głowę i teraz ona złączyła nasze usta w pocałunku. Poczułem jej dłonie we włosach, Bezwiednie położyłem jej dłoń na plecach i mocniej przyciągnąłem ją do siebie. Po chwili ściągnęła mi koszulkę przez głowę i pomogła zrzucić własną. Obcałowywałem jej biust, szyję, aż w końcu dotarłem z powrotem do ust. Zatrzymałem się na chwilę.
-Jesteś pewna?-zapytałem drżącym głosem.
-Jak nigdy w życiu.
Rozdział dwudziesty pierwszy [Argea]
Synt zawinęła się w bluzę, a po chwili cicho pochrapywała. Szkoda mi jej było. Przeklęta przez boginię, za głupią odpowiedź. No nieźle.
-Hier? Możecie popilnować obozowiska? Chciałabym, z Nico, zobaczyć co u ojca. O co chodzi z Persefoną. Rozumiecie.-Hier rozumiała, że darzę bogów wielkim szacunkiem. Szczególnie Persefonę.
-Jasne.-zbyła mnie machnięciem ręką.-Poradzimy sobie.-posłała mi uśmiech i podeszła do Jonathana.
-To to chodź!-złapałam brata za rękę i pociągnęłam na północ.
-Ale dlaczego akurat teraz? Nie mogliśmy tego zrobić...no nie wiem. Kilka dni temu?-chłopak co chwile potykał się o konary. Może dlatego, że praktycznie ciągnęłam go przez las. Zwolniłam lekko.
-Dopiero teraz jesteśmy dość blisko szczeliny. Nie wiem dlaczego wcześniej na żadną nie natrafiliśmy..-czułam że zmarszczyłam czoło. Zatrzymałam się gwałtownie, tak że Nico wpadł mi na plecy.-To tutaj.
Dwadzieścia minut potem staliśmy u bram ogrodu Persefony, który otaczał pałac naszego ojca. Zatrzymał nas jakiś zombiak.
-Witaj Juan.-pomachałam mu ręką. Nico skinął głową.-Do Hadesa.
-Macie zaproszenie. Lub czy jesteście umówieni?-zapytał znużonym głosem.
-Jesteśmy jego dziećmi.-przewróciłam oczami.-Chyba możemy go odwiedzić?
-Nie wiem.-Juan przymknął lekko oczy. Spojrzał na listę w dłoni.-Ah, tak. Chyba możecie.-podszedł do bramy i szarpnął ją w naszą stronę. Już chcieliśmy wejść, ale Juan znowu nas zatrzymał.
-Co znowu?-Nico tracił cierpliwość.
-Proszę o godność.
-Argea Beavers i Nico di Angelo.-odpowiedziałam spokojnie.
-Dobrze.-odchrząknął głośno.-Witaj Królu Upiorów...-parsknęłam na tytuł brata.
-Mój ty królu Upiorków.-powiedziałam słodkim głosem i zmierzwiłam mu włosy. Zrobił naburmuszoną minę.
-...oraz Królowo Potworów.-otworzyłam szerzej oczy. Ja też miałam głupi tytuł? A, no tak. Nico obok zachłysnął się śmiechem.
-Królowo ty moja.-wydusił w końcu. Założyłam ręce na piersi i zwróciłam się do zombie.
-Możemy już wejść?-Juan jedynie skinął głową i cofnął się w mrok.
Kiedy przekraczaliśmy próg pałacu, temperatura spadła o kilka stopni. Hades, nasz ojciec, siedział z posępną miną na czarnym tronie.
-Ojcze.-powiedział Nico. Spojrzałam na niego z ukosa.
-Aha.-skwitowałam.-Cześć tato! Co tam u ciebie? Na górze jest cieplej. Tak myślę...-trajkotałam bez sensu podchodząc coraz bliżej. Mój brat szedł w milczeniu zaraz za mną.
-Witajcie dzieci.-westchnął cicho.
-Co się stało?-zmarszczyłam brwi.-A gdzie: Witaj córko. Masz. Ten smok jest dla ciebie.?
-Chodzi o Persefonę?-Nico podniósł wzrok. Hades jakby postarzał się o kilka lat. Policzki miał zapadnięte, czoło dzieliła bruzda, a pod oczami miał ciemne ślady. Westchnął ponownie.
-Tak. Nie ma jej.-odparł bezbarwnie. Aż mnie serce rozbolało. Wiedziałam o zaginięciu Persefony, ale ojciec wyglądał tak żałośnie. Podeszłam i przytuliłam się lekko dodając mu otuchy.
-Taka jest nasza misja. Mamy ją znaleźć i ją znajdziemy. Obiecuję.-odsunęłam się na długość ramion.-Oddamy ci ją niedługo. Przecież mnie znasz.-próbowała się uśmiechnąć.-Pewnie wpakuję się w kłopoty albo zasadzkę. Ale i tak nie złamię słowa. Przyrzekam na Styks.-Nico przyglądał się tej scenie lekko zszokowany. Hades pocałował mnie w czoło, nawet wstał, żeby przytulić Nico. Odprowadził nas do bram, ale już się nie odezwał. Pomachał nam na pożegnanie i wrócił do pałacu.
-Co to było?-Nico odezwał się po chwili milczenia. Przewróciłam oczami i ruszyłam w drogę powrotną.
-Pamiętaj, że to nasz ojciec.-upomniałam go cicho.-Chyba wiesz, co myślę o bogach?
-Tak, ale...-zaciął się na chwilę.-Dobra. O co chodzi z Persefoną? Dlaczego mieliby ją porywać? Nie mówisz mi wszystkiego. Persefona wcale nie utrzymuje tej boskiej rodziny w kupie, prawda?
-Dużo pytań.-stwierdziłam gorzko.-Ta misja jest dla mnie.
-Co?-zrobił tak głupią minę, że prawie się zaśmiałam. Prawie.
-No wiesz. Najbardziej ze wszystkich bogów, lubi mnie Persefona. No i jak jej nie będzie, to zaraz znowu wybuchnie spór pt. "Zabić, czy nie zabić? O to jest pytanie". Hades sobie z tym nie poradzi. Persefona ma gadane.-wzruszyłam ramionami.-Więc..tak, ta misja ma mnie ocalić.
-Ale jak to? W ogóle po co ktoś chciałby cie zniszczyć?
-Bez obrazy czy coś, ale ja jestem najpotężniejszym herosem, aktualnie. Jestem mieszanką kultury greckiej i egipskiej. W dodatku mam coś z rzymianina. Chyba miałam rzymianina za dziadka. Tak mi się wydaję. Nie pamiętam. No i nie wiem dlaczego, ale moją moc jest silniejsza. Od twojej, Hazel, Jasona czy nawet sławnego Perciego Jacksona. Jestem w stanie powstrzymać wszystko, więc jeśli zginę. Droga wolna.-westchnęłam.-Więc nawet jeśli mnie lubią...bez dobrego adwokata nie poradzę sobie zbyt dobrze. Zginę w przeciągu kilku dni. To pewne. Ale nie po to zeszłam z tobą do Podziemia, żeby się otwierać. Więc lepiej stąd chodźmy.
Weszłam w szczelinę i zniknęłam w mroku.
-Hier? Możecie popilnować obozowiska? Chciałabym, z Nico, zobaczyć co u ojca. O co chodzi z Persefoną. Rozumiecie.-Hier rozumiała, że darzę bogów wielkim szacunkiem. Szczególnie Persefonę.
-Jasne.-zbyła mnie machnięciem ręką.-Poradzimy sobie.-posłała mi uśmiech i podeszła do Jonathana.
-To to chodź!-złapałam brata za rękę i pociągnęłam na północ.
-Ale dlaczego akurat teraz? Nie mogliśmy tego zrobić...no nie wiem. Kilka dni temu?-chłopak co chwile potykał się o konary. Może dlatego, że praktycznie ciągnęłam go przez las. Zwolniłam lekko.
-Dopiero teraz jesteśmy dość blisko szczeliny. Nie wiem dlaczego wcześniej na żadną nie natrafiliśmy..-czułam że zmarszczyłam czoło. Zatrzymałam się gwałtownie, tak że Nico wpadł mi na plecy.-To tutaj.
Dwadzieścia minut potem staliśmy u bram ogrodu Persefony, który otaczał pałac naszego ojca. Zatrzymał nas jakiś zombiak.
-Witaj Juan.-pomachałam mu ręką. Nico skinął głową.-Do Hadesa.
-Macie zaproszenie. Lub czy jesteście umówieni?-zapytał znużonym głosem.
-Jesteśmy jego dziećmi.-przewróciłam oczami.-Chyba możemy go odwiedzić?
-Nie wiem.-Juan przymknął lekko oczy. Spojrzał na listę w dłoni.-Ah, tak. Chyba możecie.-podszedł do bramy i szarpnął ją w naszą stronę. Już chcieliśmy wejść, ale Juan znowu nas zatrzymał.
-Co znowu?-Nico tracił cierpliwość.
-Proszę o godność.
-Argea Beavers i Nico di Angelo.-odpowiedziałam spokojnie.
-Dobrze.-odchrząknął głośno.-Witaj Królu Upiorów...-parsknęłam na tytuł brata.
-Mój ty królu Upiorków.-powiedziałam słodkim głosem i zmierzwiłam mu włosy. Zrobił naburmuszoną minę.
-...oraz Królowo Potworów.-otworzyłam szerzej oczy. Ja też miałam głupi tytuł? A, no tak. Nico obok zachłysnął się śmiechem.
-Królowo ty moja.-wydusił w końcu. Założyłam ręce na piersi i zwróciłam się do zombie.
-Możemy już wejść?-Juan jedynie skinął głową i cofnął się w mrok.
Kiedy przekraczaliśmy próg pałacu, temperatura spadła o kilka stopni. Hades, nasz ojciec, siedział z posępną miną na czarnym tronie.
-Ojcze.-powiedział Nico. Spojrzałam na niego z ukosa.
-Aha.-skwitowałam.-Cześć tato! Co tam u ciebie? Na górze jest cieplej. Tak myślę...-trajkotałam bez sensu podchodząc coraz bliżej. Mój brat szedł w milczeniu zaraz za mną.
-Witajcie dzieci.-westchnął cicho.
-Co się stało?-zmarszczyłam brwi.-A gdzie: Witaj córko. Masz. Ten smok jest dla ciebie.?
-Chodzi o Persefonę?-Nico podniósł wzrok. Hades jakby postarzał się o kilka lat. Policzki miał zapadnięte, czoło dzieliła bruzda, a pod oczami miał ciemne ślady. Westchnął ponownie.
-Tak. Nie ma jej.-odparł bezbarwnie. Aż mnie serce rozbolało. Wiedziałam o zaginięciu Persefony, ale ojciec wyglądał tak żałośnie. Podeszłam i przytuliłam się lekko dodając mu otuchy.
-Taka jest nasza misja. Mamy ją znaleźć i ją znajdziemy. Obiecuję.-odsunęłam się na długość ramion.-Oddamy ci ją niedługo. Przecież mnie znasz.-próbowała się uśmiechnąć.-Pewnie wpakuję się w kłopoty albo zasadzkę. Ale i tak nie złamię słowa. Przyrzekam na Styks.-Nico przyglądał się tej scenie lekko zszokowany. Hades pocałował mnie w czoło, nawet wstał, żeby przytulić Nico. Odprowadził nas do bram, ale już się nie odezwał. Pomachał nam na pożegnanie i wrócił do pałacu.
-Co to było?-Nico odezwał się po chwili milczenia. Przewróciłam oczami i ruszyłam w drogę powrotną.
-Pamiętaj, że to nasz ojciec.-upomniałam go cicho.-Chyba wiesz, co myślę o bogach?
-Tak, ale...-zaciął się na chwilę.-Dobra. O co chodzi z Persefoną? Dlaczego mieliby ją porywać? Nie mówisz mi wszystkiego. Persefona wcale nie utrzymuje tej boskiej rodziny w kupie, prawda?
-Dużo pytań.-stwierdziłam gorzko.-Ta misja jest dla mnie.
-Co?-zrobił tak głupią minę, że prawie się zaśmiałam. Prawie.
-No wiesz. Najbardziej ze wszystkich bogów, lubi mnie Persefona. No i jak jej nie będzie, to zaraz znowu wybuchnie spór pt. "Zabić, czy nie zabić? O to jest pytanie". Hades sobie z tym nie poradzi. Persefona ma gadane.-wzruszyłam ramionami.-Więc..tak, ta misja ma mnie ocalić.
-Ale jak to? W ogóle po co ktoś chciałby cie zniszczyć?
-Bez obrazy czy coś, ale ja jestem najpotężniejszym herosem, aktualnie. Jestem mieszanką kultury greckiej i egipskiej. W dodatku mam coś z rzymianina. Chyba miałam rzymianina za dziadka. Tak mi się wydaję. Nie pamiętam. No i nie wiem dlaczego, ale moją moc jest silniejsza. Od twojej, Hazel, Jasona czy nawet sławnego Perciego Jacksona. Jestem w stanie powstrzymać wszystko, więc jeśli zginę. Droga wolna.-westchnęłam.-Więc nawet jeśli mnie lubią...bez dobrego adwokata nie poradzę sobie zbyt dobrze. Zginę w przeciągu kilku dni. To pewne. Ale nie po to zeszłam z tobą do Podziemia, żeby się otwierać. Więc lepiej stąd chodźmy.
Weszłam w szczelinę i zniknęłam w mroku.
Subskrybuj:
Posty (Atom)